Publikujemy tekst z facebookowego profilu Dyrektor na Topie.
Nie dlatego, żeby robić innym reklamę. Ale dlatego, że tekst jest bardzo na czasie. Jest bolesny. I prawdziwy. I daje do myślenia. I, może warto zacząć mówić o tym głośno.
——————————————————————
ILE JESZCZE MUSI SIĘ WYDARZYĆ, ŻEBYŚMY ZROZUMIELI, ŻE SZKOŁA NIE UDŹWIGNIE WSZYSTKIEGO SAMA?
Ostatnie dni są dla polskiej oświaty wyjątkowo trudne.
Nie dlatego, że pojawiły się nowe obowiązki, kolejne rozporządzenia czy następne wymagania wobec szkół.
Dlatego, że znów mówimy o przemocy. O agresji. O niebezpiecznych zachowaniach. O sytuacjach, które budzą strach wśród uczniów, rodziców, nauczycieli i dyrektorów.
O sytuacjach, po których trudno po prostu wejść następnego dnia do szkoły i zachowywać się tak, jakby nic się nie stało.
W naszym poczuciu bezpieczeństwa. W sposobie, w jaki patrzymy na szkolne korytarze. W pytaniach, które zadajemy sobie jako ludzie odpowiedzialni za dzieci.
I wiecie, co najbardziej mnie niepokoi?
Że po każdym takim wydarzeniu zaczyna się poszukiwanie odpowiedzi na jedno pytanie:
Czy miała procedury? Czy nauczyciele byli przeszkoleni? Czy dyrektor zapewnił bezpieczeństwo? Czy ktoś zauważył niepokojące sygnały? Czy można było zrobić więcej?
To są ważne pytania. Trzeba je zadawać.
Ale dlaczego tak rzadko pytamy o to, co działo się wcześniej? Poza szkołą? W relacjach? W domach? W internecie? W środowisku rówieśniczym?
Dlaczego tak łatwo przychodzi nam rozliczanie szkoły, a tak trudno rozmowa o odpowiedzialności wszystkich dorosłych?
SZKOŁA NIE JEST OD NAPRAWIANIA CAŁEGO ŚWIATA.
A coraz częściej właśnie tego się od niej oczekuje.
Ma nauczyć matematyki i języka polskiego, ale również rozwiązać problemy emocjonalne, nauczyć szacunku, zbudować poczucie własnej wartości, przeciwdziałać uzależnieniom, reagować na przemoc, kontrolować relacje rówieśnicze, uczyć korzystania z internetu i rozpoznawać każdy sygnał zagrożenia.
Ma być jednocześnie miejscem edukacji, wychowania, terapii, wsparcia i bezpieczeństwa.
Ma to wszystko dostrzec, zrozumieć i odpowiednio zareagować. Często w klasie liczącej kilkadziesiąt osób. W ciągu 45 minut. Przy całej odpowiedzialności za pozostałych uczniów.
I jeszcze najlepiej tak, żeby nikt nie poczuł się urażony.
A PRZECIEŻ NAUCZYCIEL TO CZŁOWIEK. NIE SYSTEM WCZESNEGO WYKRYWANIA KAŻDEGO ZAGROŻENIA.
Nie ma możliwości przewidzenia każdej sytuacji.
Nie czyta w myślach. Nie wie wszystkiego o życiu swoich uczniów. Nie ma uprawnień policji.
Nie może przeszukiwać dzieci według własnego uznania. Nie może zastąpić rodzica, psychologa, psychiatry, sądu rodzinnego ani innych instytucji.
Może obserwować. Rozmawiać. Reagować. Dokumentować. Wspierać. Zgłaszać zagrożenia i uruchamiać przewidziane prawem działania.
I właśnie dlatego potrzebuje współpracy.
Nie kolejnego oskarżenia.
Nie kolejnej sytuacji, w której próba pomocy dziecku zamienia się w konflikt z dorosłymi.

RODZICU, SZKOŁA NIE JEST TWOIM PRZECIWNIKIEM.
Chciałabym, żeby to zdanie naprawdę wybrzmiało.
Bo coraz częściej słyszymy o sytuacjach, w których nauczyciel zgłasza niepokojące zachowanie ucznia i zamiast wspólnego szukania rozwiązania rozpoczyna się walka.
„W domu tak się nie zachowuje”.
„Inne dzieci go prowokują”.
„To przecież tylko żarty”.
„Moje dziecko mówi coś zupełnie innego”.
Oczywiście, że dziecka trzeba wysłuchać. Oczywiście, że szkoła może popełnić błąd. Oczywiście, że rodzic ma prawo pytać, wyjaśniać i nie zgadzać się z oceną sytuacji.
Ale nie można z góry zakładać, że dziecko zawsze przedstawia pełny obraz wydarzeń, a nauczyciel zawsze się myli.
Dziecko może zachowywać się zupełnie inaczej w domu, a zupełnie inaczej w grupie rówieśniczej. I nie ma w tym nic niezwykłego.
W domu może być spokojne, a w szkole dominujące, może nie używać wulgaryzmów, a w grupie posługiwać się nimi na co dzień. W domu może być czułe i empatyczne, a w internecie uczestniczyć w wyśmiewaniu innych.
Dlatego nie odrzucajmy informacji ze szkoły tylko dlatego, że nie pasuje do naszego obrazu własnego dziecka.
Bo obrona dziecka przed niesprawiedliwym oskarżeniem jest obowiązkiem rodzica. Ale obrona dziecka przed konsekwencjami każdego jego zachowania nie jest wychowaniem.
I jest jeszcze jedna sprawa, której nie możemy dłużej pomijać.

CZY NAPRAWDĘ WIEMY, CO NASZE DZIECI ROBIĄ W INTERNECIE?
Wiemy, jakie oglądają filmy? W jakich grupach uczestniczą? Z kim rozmawiają? Jakich treści szukają? Jakie wiadomości otrzymują?
Czy są ofiarami przemocy, czy może same ją stosują? Czy potrafią odróżnić żart od upokorzenia?
Zbyt łatwo uznajemy, że skoro dziecko siedzi w swoim pokoju, to jest bezpieczne.
A przecież w tym pokoju, za pośrednictwem telefonu, może dziać się naprawdę wiele.
Nie chodzi o to, żeby czytać każdą prywatną wiadomość czy odbierać dzieciom prawo do intymności.
Chodzi o rozsądny nadzór dostosowany do wieku, rozmowę, zainteresowanie i reagowanie na niepokojące sygnały.
DAĆ DZIECKU TELEFON JEST ŁATWO. NAUCZYĆ JE ODPOWIEDZIALNEGO KORZYSTANIA Z NIEGO – ZNACZNIE TRUDNIEJ.
I tego obowiązku również nie możemy w całości przekazać szkole.

A TERAZ KILKA SŁÓW DO NAUCZYCIELI.
Wiem, że wielu z Was jest zmęczonych.
Zmęczonych ciągłą odpowiedzialnością. Tłumaczeniem swoich decyzji. Udowadnianiem, że reagujecie w dobrej wierze.
Zmęczonych sytuacjami, w których każda decyzja może wywołać pretensje.
Zareagujesz – źle, bo przesadzasz.
Nie zareagujesz wystarczająco szybko – źle, bo zaniedbałeś obowiązki.
Zgłosisz problem – źle, bo stygmatyzujesz dziecko.
Poprosisz rodzica o współpracę – źle, bo wtrącasz się w wychowanie.
A kiedy dochodzi do poważnego zdarzenia, nagle wszyscy oczekują odpowiedzi, dlaczego nikt wcześniej nie zrobił więcej.
NIE MOŻEMY DOPROWADZIĆ DO SYTUACJI, W KTÓREJ NAUCZYCIEL ZACZNIE BAĆ SIĘ REAGOWAĆ.
Nauczyciel musi mieć odwagę powiedzieć, że widzi problem. Ale musi też wiedzieć, że nie zostanie z nim sam.
Że rodzic podejmie rozmowę.
Że odpowiednie instytucje zareagują, kiedy sprawa przekracza możliwości szkoły.
Że jego bezpieczeństwo również ma znaczenie.
Bo nauczyciel też ma prawo wrócić z pracy do domu bez strachu.
Dyrektor odpowiada za bezpieczeństwo szkoły. To ogromna odpowiedzialność, której nie wolno bagatelizować.
Ale odpowiedzialność nie oznacza nieograniczonej władzy. Możemy wprowadzać procedury. Organizować szkolenia. Współpracować z policją, strażą pożarną, poradniami i innymi instytucjami. Możemy analizować zagrożenia, rozmawiać z rodzicami i podejmować interwencje.
Jednak żadna procedura nie daje gwarancji, że nigdy nie wydarzy się nic złego.
Żadne zarządzenie nie zastąpi odpowiedzialności człowieka.
Żadna kontrola dokumentacji nie zastąpi realnego wsparcia.
A dyrektor nie może być jedyną osobą, od której oczekuje się rozwiązania każdego problemu.
NIE WYSTARCZY WYMAGAĆ OD SZKÓŁ BEZPIECZEŃSTWA. TRZEBA JESZCZE DAĆ IM REALNE NARZĘDZIA, LUDZI I MOŻLIWOŚCI DZIAŁANIA.
Potrzebujemy dostępnych specjalistów. Sprawnej współpracy między instytucjami.
Skutecznego reagowania na sygnały przemocy.
Wsparcia dla nauczycieli i dyrektorów.
Ale również odpowiedzialności po stronie rodziców.
Bo możemy mieć najlepiej opracowane Standardy Ochrony Małoletnich, pięknie opisane procedury i regularnie przeprowadzane szkolenia. Jeśli jednak dorośli będą ignorować sygnały ostrzegawcze, bagatelizować agresję i przerzucać odpowiedzialność jedni na drugich, same dokumenty nas nie ochronią.
Dzisiaj nie potrzebujemy kolejnej wojny między rodzicami a nauczycielami. Nie potrzebujemy szukania winnych, zanim poznamy fakty.
Nie potrzebujemy licytacji, kto zawiódł bardziej.
Potrzebujemy dorosłych, którzy potrafią ze sobą rozmawiać nawet wtedy, gdy prawda jest niewygodna. Którzy nie lekceważą gróźb, nie tłumaczą przemocy słowami „dzieci już takie są”, potrafią przyznać, że coś przeoczyli, rozumieją, że czasami trzeba poprosić o pomoc.
I którzy wiedzą, że bezpieczeństwo dziecka jest ważniejsze niż urażona duma dorosłego.
Nie chcę, żeby ostatnie dramaty stały się jedynie kolejnymi nagłówkami, o których za kilka dni zapomnimy. I żeby jedyną odpowiedzią było tworzenie kolejnych dokumentów i dokładanie szkołom następnych obowiązków.
Chciałabym, żebyśmy wreszcie zrozumieli coś bardzo prostego.
DZIECKO WYCHOWUJE SIĘ NIE TYLKO W SZKOLE.
Wychowuje się przy rodzinnym stole. W rozmowach z rodzicami. W sposobie, w jaki dorośli odnoszą się do siebie. W reakcjach na cudzą krzywdę. W granicach, które stawiamy. W konsekwencjach, których nie boimy się wyciągać. W przykładzie, jaki dajemy każdego dnia.
Bo dzieci słuchają tego, co mówimy.
Ale jeszcze uważniej obserwują to, co robimy.
I dlatego na koniec mam jeden apel.
RODZICU – NIE WALCZ ZE SZKOŁĄ, KIEDY PRÓBUJE POMÓC TWOJEMU DZIECKU.
NAUCZYCIELU – NIE MILCZ, KIEDY WIDZISZ KRZYWDĘ.
DYREKTORZE – NIE ZOSTAWIAJ SWOICH PRACOWNIKÓW SAMYCH Z PROBLEMEM.
INSTYTUCJE ODPOWIEDZIALNE ZA BEZPIECZEŃSTWO – NIE ZOSTAWIAJCIE SZKÓŁ SAMYCH Z ODPOWIEDZIALNOŚCIĄ.
Przestańmy udawać, że bezpieczeństwo dzieci jest wyłącznie sprawą szkoły.
BO SZKOŁA MOŻE ZAMKNĄĆ DRZWI. MOŻE WPROWADZIĆ PROCEDURY. MOŻE ZWIĘKSZYĆ NADZÓR.
ALE NIE ZAMKNIE ZA TYMI DRZWIAMI WSZYSTKICH PROBLEMÓW, Z KTÓRYMI DZIECI PRZYCHODZĄ KAŻDEGO DNIA.
I właśnie dlatego musimy działać razem.
Nie dopiero wtedy, kiedy jest za późno.